


|
 |
|
|
|
|
 |
|
|
|
Chłodny powiew wiatru wpadł w jej włosy, wyrzucając je fontanną w górę. Amelia poczuła ten
chłód i natychmiast odwróciła głowę, wpatrując się w rzadki drzewostan niedalekiego parku. Nie
dostrzegła niczego, co mogłoby ją zaniepokoić. Leśne cienie spokojnie figlowały między drzewami,
odbijając się od srebrnej, księżycowej poświaty. Kobieta powoli wstała z ławki i kierowana nieokreślonym
impulsem, wolno ruszyła w kierunku spowitych nocnym mrokiem drzew. Wciąż miała na sobie tylko niebieski,
długi i cienki płaszcz. Owinęła się nim szczelnie i wpatrzyła uważnie w ciemność parku.
Za jej plecami rozgrywały się iście dantejskie sceny. Ludzie krzyczeli, bezładnie biegali wokół, błagali
o ratunek dobytku. Ich kamienica płonęła. Ogień niewiarygodnie szybko rozprzestrzenił się po budynku,
trawiąc wszystko na swojej drodze. Przy bloku stało kilka wozów strażackich. Mężczyźni dwoili się i
troili, ale płomienie były wciąż wysokie, a ostry, czarny dym walił w nocne niebo. Panował ogólny
rozgardiasz i niespożyta w swej szaleńczej energii, panika.
Kilka radiowozów policyjnych z piskiem opon, zajechało przed płonący budynek. Jednym z nich, było czarne
BMW, bez żadnych oznaczeń. Jedynie niebieski kogut, wirował spokojnie na dachu auta. Krótkie szarpnięcie
lśniących drzwi i z auta wyskoczył młody, może trzydziestoparoletni mężczyzna. Miał na sobie krótką,
szarą marynarkę i dżinsy. Przy pasku błyszczała policyjna odznaka.
- Hej! - krzyknął do najbliższego strażaka, mocującego się z nieposłusznym wężem - Co tu się do kurwy dzieje!?
- A co, nie widać? - odburknął zapytany, dosadnie wskazując głową buchające w niebo płomienie.
Policjant machnął ręką i rozglądnął się bezradnie po okolicy. Błyskawicznie jego uwagę przyciągnęła
samotna kobieta, idąca powoli w kierunku ciemnego parku. W zimnej poświacie księżyca jej płaszcz lśnił
niesamowicie, a ruchy jej ciała nie wskazywały na człowieka uciekającego od ognia.
"Może to podpalaczka?" - przeleciało policjantowi przez myśl.
Nie zastanawiając się długo, szybkim krokiem popędził w jej kierunku...
Amelia wolno zbliżała się do linii drzew. Nie słyszała całej tej paniki, szalejącej przed
jej domem. Jej uwagę całkowicie pochłaniał tajemniczy cień, cicho skradający się między drzewami.
Szczelnie otulona niebieskim płaszczem, zupełnie zapomniała, że pod nim nic nie ma. Jest zupełnie naga
Ale to nie było teraz ważne. Ten cień intrygował ją do tego stopnia, że zupełnie zapomniała o zasadach
bezpieczeństwa. O zwykłej, samozachowawczej ostrożności.
Posuwała się powoli, wpatrzona między drzewa. Gdy zbliżyła się do pierwszego z nich, była prawie pewna,
że cień ma postać człowieka. Patrzył na nią. Czuła jego czarny wzrok na swoim ciele. Jakiś dziwny
dreszcz przeszedł przez jej ciało. Coś... co, gdyby teraz znajdowała się w objęciach mężczyzny,
nazwałaby dreszczem rozkoszy. Ale przecież ta noc..., te ludzkie jęki..., ten buchający w górę,
pożerający jej dobytek ogień...
- Proszę pani..? - prawdziwa, ludzka ręka dotknęła jej ramienia.
Amelia podskoczyła ze strachu i gwałtownie odwróciła się w stronę docierającego do niej głosu.
Bezwiednie wyrzuciła dłonie do przodu, starając się stanąć w pozycji obronnej, a wtedy jej niebieski,
nieposłuszny płaszczyk odsłonił jej nagie ciało, które teraz lśniło w blasku gorącej pożogi, szalejącej
po drugiej stronie ulicy.
Mężczyzna otworzył usta ze zdziwienia i wbił wzrok w zgrabną linię jej ciała. Nagie piersi sterczały w
prowokującej pozycji, a sutki... wysyłały pocałunki do tego, który teraz na nie patrzył. Płaski brzuch,
umizgujący się zalotnie pępek i... ta delikatna kreseczka pod nim, kończąca się niewiadomo gdzie. Gdzieś
między jej udami, mocno osadzonymi w szerokich, ponętnych biodrach.
Mężczyzna potrzepał głowa i przymknął na chwilę oczy. W tym momencie, Amelia poczuła w swoich włosach
ten chłodny, nieprzyjemny powiew, który zaprowadził ją do parku. Chciała się obejrzeć raz jeszcze, ale
spostrzegła, że przecież stoi naga naprzeciw obcego faceta, z wyciągniętymi ku niemu dłońmi. Gość mógł
to odebrać różnie...
Szybko przysłoniła się płaszczem i uśmiechnęła niepewnie.
- Nie jestem ekshibicjonistką... jeśli o to chciał pan zapytać - bąknęła, przyglądając się czarnej linii
jego włosów, mocnym, zdecydowanym łukom brwiowym, prostemu, zgrabnemu noskowi i łagodnym kształcie ust.
- Ma pan piękny podbródek... - dotknęła jego brody, a płaszcze znów rozchylił się, minimalnie ukazując
nagość jej ciała - I, te oczy...
Facet znieruchomiał. Jego kutas błyskawicznie dźwignął się w górę zaraz po tym, jak Amelia zlustrowała
mu krocze. Nie była pewna, czy to za sprawą jej zdolności, czy też nagości ciała.
Druga strona ulicy pozostała za nimi. Była jakby drugim, odrębnym światem, którym nie należy się
przejmować, bo... drugi świat przecież nie istnieje.
Nie słyszeli niczego, poza własnymi oddechami. Nie czuli niczego innego, poza własnymi zapachami.
Czarny, śmierdzący spalenizną dym, zupełnie znikł z ich świadomości, która odbierała sygnały jedynie z
jakiegoś metra wokół nich. Reszta terenu zniknęła, przysłonięta rosnącym coraz szybciej erotycznym emocjom.
Facet wyciągnął rękę i odsunął krawędź niebieskiego płaszcza. Małym palcem dotknął ślącego mu wciąż
pocałunki, sutka jej obfitego biustu. Wziął pierś do ręki, jakby chciał zważyć jej ciężar, po czym
ścisnął delikatnie. Amelia zmrużyła oczy i westchnęła głęboko. Zniżyła wzrok i zatrzymała się na jego
rozporku. Plastykowy zamek powoli rozsuwał się, a już po chwili... sterczący, ciemny kutas wypełzł z
jego spodni. Kobieta wciąż patrzyła na fiuta. Jego gładka, jedwabista skóra zaczęła się sama poruszać,
a z żołędzi wyciekła kropelka spermy.
- Co... ja... - bąknął mężczyzna, trzymając jej pierś i patrząc na swojego, gotowego do akcji kaczora.
- Ciii... - uspokoiła go Amelia i wzięła do ręki nabrzmiałego penisa. Teraz ona poruszała wolno skórą,
zbliżając się do niego i dotykając czubkiem penisa rozkosznej kreseczki między jej nogami. Wepchnęła
główkę między swoje wargulki i zaczęła nim pocierać łechtaczkę.
To było szaleństwo...
Przed nią płonący dom, a za nią złowrogi, przenikający ciało cień...
A ona..? Sam na sam z przystojnym facetem w otulającej erotyzmem enklawie seksu.
Facet był zupełnie zniewolony i zamroczony. Dyszał i co chwila przełykał ślinę, kiedy Amelia
masturbowała się jego kutasem, poruszając mokrą już od spermy skóra.
Gdzieś, w resztkach utraconego realizmu, jego mózg wysyłał do niego ostrzegawcze sygnały. Ale jego chuć
powoli i nieustannie zwyciężała. Podniecenie obezwładniło jego ciało tak, że nie mógł się ruszyć. A może
była to "robota" Amelii?
Ten przystojny gość zauroczył ją i była gotowa na wszystko, byle go choć na chwilę zatrzymać. Bez
względu na rozszalałą, realną sytuację mrocznej nocy.
Coś poruszyło się w drzewach. Amelia wyraźnie to odczuła. P chwili jej przystojniak usłyszał łamiąca
się gałąź. Jakieś srebrne narzędzie odbiło się blaskiem od jego oczu. Wzdrygnął się i zatrzymał jej
rękę. Jego kutas zastygł między jej wargulkami.
- Panie kapitanie!
Głośny krzyk i zaraz po tym szybki tupot ciężkich butów doszedł do ich uszu. Amelia szybko schowała
niespełnionego fiuta w spodniach policjanta, po czym szczelnie otuliła się niebieskim płaszczykiem.
- Przepraszam... - muskularny, wysoki mężczyzna zasalutował przed kobietą - Sierżant Bury - przedstawił się.
- Spokojnie Bury - odezwał się kapitan, a jego wzrok uciekł gdzieś między drzewa - O co chodzi?
- Jest pan potrzebny... tam... - wskazał na dogasający już budynek.
- A tak - zmieszał się policjant - Już idę, zaczekajcie na mnie... już idę.
Sierżant zasalutował i biegiem popędził do wciąż walącego czarnym dymem bloku.
Amelia spojrzała na niego, rozumiejąc niezręczną sytuację.
- Gdzie cię znajdę - zapytał, patrząc jej uważnie w oczy.
- Jeszcze nie wiem - odparła - Ale ja ciebie na pewno odnajdę...
Otuliła się szczelniej płaszczem i pobiegła w kierunku grupki mieszkańców stojących w piżamach na ulicy.
Kapitan patrzył za nią, odwracając się tyłem do linii drzew. I on poczuł nagle zimny, nieprzyjemny
powiew wiatru, ale zignorował go. Przecież była noc, więc takie zimno było normalne. Spojrzał w niebo.
Gwiazdy świeciły jaskrawo, zupełnie nie przejmując się problemami mieszkańców tej małej planety.
"Wkrótce ta kobieta mnie znajdzie..." - pomyślał i ruszył w kierunku zaparkowanych w nieładzie aut.
Ciemny cień spełzł z wysokiego drzewa i stanął w szerokim rozkroku, spoglądając z pogardą na szamocących
się ludzi po drugiej stronie ulicy. Przyglądał się chwilę, po czym ścisnął swoje krocze i cicho zasyczał...
Carrie
dodaj komentarz do opowiadania
|
|
|
|
|
 |
|