


|
 |
|
|
|
|
 |
|
|
|
Lęk szarpał jego ciałem, ilekroć kładł się do łóżka samotnie. A zdarzało się to coraz
częściej. To już nie była jedna, czy dwie noce. To były tygodnie, miesiące, samotnego kotłowania się
pod zmierzwioną kołdrą. Ten lęk, był jak ostry, szarpiący jego nerwy nóż. Przenikający kości,
rozrywający żyły, niszczący wszystkie pozytywne myśli w jego mózgu, zgromadzone z takim trudem w ciągu
całego życia. Trud samotnej, męczącej codzienności, ratowanie spalonych słońcem roślin, mordowanie
niewinnej społeczności owadów bez skrupułów buszujących w jego wypielęgnowanych grządkach, a na
wieczór... ta cisza i mrok drewnianych ścian jego pustelniczo położonego domku na odległej polanie w
środku lasu. Czasem krzyk koguta bażanta, szukającego swej szarej, niepozornej kurki, skrzek sroki
na zaniedbanym podwórku czy żałosny bek nie dojonej kilka dni kozy, wyzwalał w nim wyrzuty sumienia,
ale nie na długo.
Właściwie powinien zrobić tu porządek. Ala dla kogo i po co? Liczyły się tylko rośliny.
Czysta, wyplewiona ziemia oddawała wszystkie swe soki delikatnym systemom korzeniowym marchewki,
pietruszki, czy groszku. Bujne krzaki róż i twarde łodygi słonecznika ochraniały delikatne warzywa od
palącego, południowego słońca i silnego wiatru szalejącego w czasie wiosennych i letnich burz.
Tylko to jego podwórko. Gdyby miał na tyle czasu i chęci, by je posprzątać. Ale po co, i
dla kogo? Zupełnie nie przeszkadzały mu porozrzucane sprzęty w których małe koty bawiły się w chowanego.
Czasem stanął na przewrócone grabie, czy potknął się o zostawiona samopas kopaczkę. I co z tego? Wracał
zmęczony z pola nie po to, by użerać się z bałaganem na podwórku. Chciał spać. Chciał odpocząć. Był już
bardzo zmęczony. Zmęczony swoim samotnym życiem. Zmęczony pracą, która nie dawała nikomu pożytku,
jedynie rosnącym bujnie roślinom. I na co mu to? Kiedyś wreszcie odda naturze swoją ziemię i pozwoli,
żeby ta rządziła się swymi naturalnymi prawami.
Dawno temu w środku swojego pola posadził maleńką, płaczącą wierzbę, by ukraść gorącym
dniom odrobinę cienia i chłodu w upalne, duszne dni. Wierzba gdy urosła, wspaniale spełniała swoje
posłannictwo i służyła mu ochłodą w gorące, letnie dni. Gdy chciał odpocząć, kładł się pod chropowatym
pniem, a cienkie, delikatne witki łaskotały go po twarzy, jednocześnie broniąc dostępu słonecznym,
ostrym promieniom. Opierał się o pień drzewa i wchłaniając świeży oddech letniego wiatru, wpatrywał się
w błękitną, odległą przestrzeń, układając z drobnych, lśniących kropelek ziemskiej energii kształt
twarzy kobiety jego marzeń. Miała jasne, długie włosy, upięte w starannie spleciony warkocz. Jej
perkaty, zadarty nosek całkowicie odsłaniał pełne, czerwone usta. Piersi falowały unosząc się w
górę i w dół, kiedy siedziała okrakiem na jego nabrzmiałym, sztywnym członku. Czuł dotyk jej
wilgotnej, ciemnej i przytulnej norki. Pieścił jej cycuszki, lizał i gryzł na zmianę nabrzmiałe, ciemne
sutki, a ona unosiła się w lśniącej energii i opadała na powrót nabijając się na jego kutasa...
Zasyczał z przejęciem, kiedy jego dłonie wyciągnęły z rozporka sztywnego, wiśniowego fiuta.
Oderwał się na chwilę od błękitnej energii i spojrzał na swojego kaczora. Gruby żołądź łapał
przemykające wokół niego promienie słońca, odbijając je w maleńkich, spływających z czubka kropelkach
spermy. Westchnął głęboko i zaczął poruszać powoli skórą. Jądra bolały go od zbyt długo gromadzonej
spermy. Drugą dłonią ścisnął napuchnięte jaja. Zajęczał i uniósł biodra w górę. Palce coraz szybciej
przesuwały się po sterczącym chuju. Delikatna witka wierzby musnęła jego napletek. Spojrzał w górę,
złapał ją palcami i naciągnął owijając wokół swojego penisa. Zrobił drobny węzełek i puścił. Witka
momentalnie uciekła w górę, utrzymując kutasa w pozycji pionowej. Teraz wystarczyło tylko pieścić jaja
i unosić biodra w górę, a chuj sam posuwał jasnowłosą, lśniąca pannę, która z pomocą zielonych,
podłużnych listków wierzby namiętnie całowała jego twarz, szyję i odsłonięty tors. Delikatny, letni
wiatr mierzwił jego włosy, splatając z nich maleńkie warkoczyki. Mężczyzna łapał ustami drobne listki
wierzby i ssał je, jakby był to dojrzały, niczym owoc śliwy, dzyndzel cipki. Jego gorący oddech parzył
drobne listki. One z kolei spływały w jego usta, dając mu wrażenie obfitej wilgoci kobiecej cipki. Jego
oczy były zamknięte, a ezoteryczna, milcząca kobieta ujeżdżała jego kutasa, niczym dzikiego, żyjącego w
naturze ogiera. Wtedy czuł się z nią całkowicie zespolony. Wtedy czuł, że ona jest mu całkowicie
poddana. Jest posłuszna, podległa i tylko jego. Nie może jej stracić i póki żyje nigdy nic takiego się
nie stanie. Choć czasem... ta panna robiła mu małe żarty... Czasem, gdy mocniej szarpnął biodrami,
wierzbowa witka zrywała się i jego kutas bezwładnie wyskakiwał ze szpary. Opadał na jego udo i nie był
w stanie sam się podnieść. Jeśli chciałby znów dupczyć zieloną, ostrą cipę, musiał ją najpierw złapać...
Mężczyzna otworzył oczy i spojrzał na dziesiątki cipek falujących nad jego głowa. Spojrzał
na kutasa. Leżał na jego nodze, skuczał i płakał kroplami spermy. Był żałosny i nieporadny. Ciężki od
ilości soków, które pragnął wylać. Jego oczy znów spojrzały na pannę. Uśmiechała się i jęczała
rozkosznie wśród głaskanych wiatrem konarów. Złapał długie, trzy witki, owinął wokół nabrzmiałego,
twardego chuja i mocno związał. Podniósł biodra i opuścił. Zasyczał głośno na znak, że próba pierdolenia
trzech cipek naraz, powiodła się znakomicie. Zamknął oczy i odchylił głowę do tyłu, tuląc się do
szorstkiego konaru wierzby. Jego źrenice uciekły, a tyłek zaczął poruszać się coraz szybciej. Pomagał
sobie ramionami unosząc i opuszczając biodra. Utrzymując uwiązanego i okiełznanego ogiera, podniósł
wysoko dupę w górę i opuścił spodnie, zsuwając je aż do kolan. Nagie pośladki dotknęły mokrej, chłodnej
trawy. Walenie rozpoczęło się na nowo. Tym razem jego jaja uderzały o ziemię, łamiąc badylki traw i
przeganiając wystraszone owady z ich zasięgu. Facet jęczał głośno, a zielona panna o trzech napalonych
cipach spisywała się znakomicie. Wysoko i mocno podrywała skórę jego fiuta, szarpiąc nią na wszystkie
strony. Gościowi wydawało się, że jego kochanka chce wyrwać jego kutasa z korzeniami i pochłonąć go w
całości. Pozwalał na to, gryząc i szarpiąc jej listki i połykając spuszczające się łechtaczki. Nagle...
kutas zachłysnął się, zakaszlał i kichnął. Z jego czubka wytrysnęła biała, gęsta fontanna spermy. Ciało
mężczyzny wygięło się w pałąk. Naga dupa uniosła się w górę, ciągnąc za sobą obwiśnięte, wyczerpane
jądra. Naprężone witki wierzby wciąż mocno trzymały chuja w górze. Kiedy ciało faceta opadło ciężko na
ziemię, witki zerwały się i wystrzeliły, pląsając między górnymi konarami drzewa i tańcząc taniec
orgazmu.
Facet powoli otwierał oczy, jakby się bał, że zielona panna wyśmieje go za tak krótki
stosunek. Przyglądał się jej uważnie. Uśmiechnął się. Jak zawsze była bardzo zadowolona, falując
cienkimi gałązkami i usypiając jego zmęczone ciało. Tutaj nie bał się niczego. Tutaj był schowany
pośród potężnych ramion natury, broniących dostępu do jego delikatnej, maleńkiej istoty.
Do domu wróci wieczór, kiedy ciemność pochłonie całą polanę. A teraz... musi się przespać,
by mieć siłę na powtórkę. Jeśli oczywiście panna będzie chcieć. Jeśli... jeszcze będzie go pragnąć, on
będzie gotów.
Carrie
dodaj komentarz do opowiadania
|
|
|
|
|
 |
|