


|
 |
|
|
|
|
 |
|
|
|
Znali się tylko z widzenia. Przechodząc obok siebie co dzień o tej samej porze ich głowy
skłaniały się nieznacznie, a wzrok przelatywał po ciele mimochodem, by za sekundę zapomnieć o spotkanym
przechodniu i zająć się własnymi sprawami. Mijali się zawsze w tym samym miejscu. W słabo oświetlonym
parku, obok wielkiej, starej lipy, która górowała nad innymi drzewami, niczym królowa nad bezwolnym,
posłusznym ludem. Drzewa szumiały, śpiewając pieśń wieczorną, a oni zupełnie nie zwracali uwagi na
roślinne trele. Śpieszyli do domu zmęczeni i zamroczeni własnymi problemami. Obchodził ich tylko czas.
Byle szybciej wtopić ciało w ciszę własnych pieleszy. Potem przejść do łazienki i wykorzystując prysznic
w sobie tylko znajomy sposób, zanurzyć się w przesiąknięty podniecającymi marzeniami sen. Sen o kimś,
kto potrafiłby być. Być i spełniać życzenia. Rozpalać i gasić żar spragnionego ciała. Nie żałować
ciepłych słów, namiętnych pocałunków, łakomych dotyków i kochać, kochać tak bardzo, jak jeszcze nikt
nigdy nie kochał. Odkrywać tajemnice ciała co dzień znów i od nowa i... do końca życia. Pobożne życzenia...
Jak fala goni falę, jak wiatr za wiatrem śpieszy, tak oni mijali się co dzień, goniąc kres swego życia.
Bez sensu i wbrew własnej woli. Ale jednak prawdziwie.
Tego dnia Anna była potwornie zmordowana. Pracowała w sklepie obuwniczym przy ulicy Siewnej
około 500 m od domu. Kończyła późno, bo zawsze było coś do roboty. Na początku, kiedy dostała tę pracę,
spacer przez park do domu był dla niej koszmarem. Szczególnie o tej porze. W blasku księżyca drzewa
ponuro roztaczały swe cienie, strasząc ją każdym szelestem. Z biegiem czasu przyzwyczaiła się i
przestała zwracać uwagę na pomruki rozłożystych konarów. Bo niby co może się jej stać? Ktoś ją zgwałci?
I dobrze, nie będzie musiała robić tego sama w domu. Z pełną satysfakcją rozłożyłaby nogi, żeby tylko
ktoś chciał.
Mogłaby zginąć? Gadanie! Po co? Skoro sama wyłoży swą cipkę jak na tacy. Biedny byłby taki
facet. Ona zgwałciłaby go szybciej, niż on zdążyłby się do niej zbliżyć. Naprawdę była wyposzczona. Co
wieczór marzyła tylko o kutasie, jak wynurza się z męskiego rozporka, wychyla swój czerwony łepek i
uśmiecha się do niej. Potem powoli zbliża się do jej ust, całując ją namiętnie. Obficie oblewa ją białą
gęstą spermą, rozmazując ją wzdłuż brwi i powiek. Wokół nosa i jej czerwonych szerokich warg. Potem
wciska się delikatnie znów do jej ust, a ona rozchyla swoje wargi, łapiąc go kurczowo zębami za
koniuszek. Zaczyna ssać, pochłaniając go do połowy. Ssie nieprzytomnie, zapamiętale, a on znów wyskakuje
zgrabnie i rozprowadza śnieżną spermę tym razem wokół jej krągłych policzków. Zatacza równe kółka,
jakby zdobił dwa czerwone, truskawkowe torty. Ostatnie kropelki strząsa na jej sterczący nosek, które
powoli spływają do jej ust. Anna wsysa je, oblizując się gorliwie. Jej język zahacza o łepek kutaska,
wciągając go w otchłań jej ognistych ust. Zanim dotrze do jej szparki, spuści się wiele razy, a Anna
zdąży usnąć zmęczona codziennością w pracy. Jej cipka usycha z pragnienia do jakiegoś ochoczego fiutka,
płacze obficie wilgocią, a ona jedyne co może jej dać, to własne palce. Gdyby dostała językiem,
wylizałaby ją sama, doprowadzając do fanatycznego orgazmu, ale niestety. Ktoś to tak wymyślił, że tylko
człowiek nie może sobie dostać. Wylizać i zaznać przyjemności...
"Koty to mają dobrze" - pomyślała, zbliżając się do wielkiej lipy. Jej dłoń dotknęła
krocza. "Może by tak usiąść tu, wchłonąć energię potężnego drzewa?"
Wieczór był mglisty i Anna nie zauważyła zbliżającej się postaci. Przecież dobrze
wiedziała, że mijają się codziennie, ale teraz jej myśli upiły się rozchodzącym po jej ciele żarem.
Oparła się plecami o chropowaty pień, dotykając uda. Jej ręka wślizgnęła się pod spódnicę. Palce
uchyliły majtki po czym wpełzły w rozochoconą szparkę. Zanurzyła je głęboko, rozprowadzając lepką
gęstość po całej cipce. Jęknęła przytulając się do ogromnego pnia i odchylając głowę do tyłu, spojrzała
na rozłożyste konary. Kołysały się lekko, poruszając liśćmi raz w jedną, raz w drugą stronę. Jakiś ptak
przysiadł na lipie, obserwując masturbującą się kobietę. Anna dostrzegła go i w jej marzeniach ptaszek
zmienił się w przystojnego faceta, strzelającego erotyzmem z oczu. Zsunął się z konaru głową w dół,
zanurzając język w jej rozgrzanej cipce. Poczuła wielką rozkosz tak prawdziwą, że aż chwyciła go za
rozczochraną czuprynę i mocno przycisnęła do swego łona. Jęczała przy tym głośno, ale nie otwierała
oczu, by rozkoszne marzenie nie uleciało przed jej zachłannym wzrokiem. Ciepło ust i szybkość języka,
faceta z lipy zdumiewał ją. Gdzieś z przytłumionych rozkoszą zakamarkach jej umysłu, pomiędzy gęstymi
oparami spermy, upaprany białą lepkością, przedzierał się rozsądek. Rozpychał się mocno, przekrzykując
jęki i stękania podnieconej Anny.
"To niemożliwe" - dotarło wreszcie do niej - "Żeby ptaszek przemienił się w faceta i tak
realnie ssał moją cipkę".
Opuściła głowę i minimalnie otworzyła oczy. Po chwili jej powieki całkowicie znikły w
fałdach brwi. Oczy przypominały gały zająca, wpatrującego się z ciekawością w przyniesioną mu samiczkę.
Jej rozsądek miał rację. Między jej nogami klęczał prawdziwy facet, namiętnie wylizując jej krocze. A
ona? Ona trzymała silnie jego głowę, zataczając nią niewielkie koła. Oddychając szybko zdała sobie
sprawę, że stoi oparta o wielką lipę, metr od ulicznej alejki, a jakiś gościu o ciemnych włosach
wysysa z jej pipki ostatnie soki!
- O matko! - pisnęła, nie puszczając jego głowy - Kim do cholery jesteś?
Mężczyzna wessał mocno jej łechtaczkę, doprowadzając ją do utraty tchu. Teraz jego język
przeniósł się na podbrzusze.
- Znamy się... - mruknął gorącą rozkoszą - ...tylko z widzenia.
Anna wstrzymała powietrze w płucach. Jego język dotarł właśnie do pępka dziewczyny,
rozpychając się w jego wnętrzu, a dłonie uniosły cienki sweterek i wślizgnęły się pod koronkowy stanik,
zaciskając palce na piersiach. Anna jednym ruchem ściągnęła sweter przez głowę, odpięła stanik i
odrzuciła od siebie. Dłońmi ujęła go za twarz i uniosła w górę. Mężczyzna nie spieszył się. Zatrzymał
usta na jej piersiach. Całując je, pieścił jej ciało, aż dotarł wreszcie do ust kobiety. Zatrzymał się
na chwilę, zatapiając swój nieprzytomny z pożądania wzrok w jej przepastnych, rozanielonych oczach.
Badał jej żądzę i widział, jak narasta. Czuł zmysłowy zapach jej libida i gorący, ciężki oddech.
Wysunął język i dotknął jej warg. Błyskawicznie wciągnęła go w siebie tak mocno, aż jęknął. Uniósł jej
prawą nogę, rozrywając cienki pasek w kroku. Jego penis lotem błyskawicy odnalazł drogę do jej
kobiecości. Zaczął poruszać się szybko, dobijając jej biodra do szorstkiej kory wielkiej lipy. Anna nie
puszczała jego ust, ssąc zachłannie język i wargi kochanka. Mężczyzna pieścił jej udo, utrzymując kolano
dziewczyny na wysokości swoich bioder. A jego kutas szalał we wnętrzu jej szpary, posuwając ją całą
swoją twardą siłą. Za nim, nierozłącznie, niczym giermek za rycerzem uderzały jaja, atakując dolną
część jej pośladków. Kobieta krzyknęła i któryś już raz wstrzymała oddech. Rycerz faceta nagle urósł w
jej cipce i znieruchomiał. Po chwili wytrysnęła z niego fontanna śnieżnej spermy, zalewając jej norkę
rycerskim sokiem. Posłuszny giermek opadł zmęczony na jej podcipie, a jego pan bezwładnie wysunął się z
zalanej cipki Anny. Mężczyzna nie ubierając spodni usiadł zmęczony pod drzewem w szerokim rozkroku.
Oparł głowę o udo wciąż stojącej kobiety. Jego paladyn ułożył zmęczoną główkę na owłosionej nodze
mężczyzny. Annie wydawało się, że ciężko oddychał. Ze za pracę jaką wykonał przed chwilą, należy się mu
nagroda. Usiadła więc obok niego, wzięła do ręki i zaczęła lizać gładką skórę. Drugą dłonią masowała
spragnionego odpoczynku giermka. Jej język sprawnie wirował wokół nasady bojownika, co chwilę oddając
hołd giermkowi. Wzięła do ust owłosioną skórę moszny, szczypiąc ją zębami. Mężczyzna zakwilił
radośnie.
- Co jest? - zapytała, nie przerywając skubać jajek kochanka.
- Cliwisz mnie... - zachichotał, a jego oddech zaczął nabierać rozpędu.
Kobieta uśmiechnęła się i przeniosła swój wnikliwy język na kutasa, zbliżając się coraz bardziej
do jego hełmu.
- Może dokończymy potyczkę u mnie? - westchnął głośno, kiedy jego rycerz uderzył w jej podniebienie.
Dała się przekonać, puszczając z siarczystym mlaśnięciem podnoszącego się kutasa.
- Dziś jest mój - mruknęła wciąż rozpalona, podnosząc się z miękkiej trawy - Mam nadzieję, że to
niedaleko...
- Po drodze jest wiele drzew - on również wstał i założył spodnie - W razie czego...
Odeszli w mrok parku, mocno przytulając się do siebie. Mgła ukryła ich postacie, otulając je
szczelnie, a księżyc wyszedł zza chmury, jakby chciał spenetrować swymi srebrnymi promieniami
miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą, w pobliżu wielkiej lipy, dwoje kochanków oddało się we władanie
niezrównanej w swych fantazjach rozkoszy.
Carrie
dodaj komentarz do opowiadania
|
|
|
|
|
 |
|